Śmierć Unii Europejskiej
To częste w historii, sam, wielokrotnie, przewidując taki właśnie rozwój wydarzeń w Europie, przywoływałem przykład Republiki Rzymskiej. Pewnego dnia trzech jej dowódców wojskowych (z których jeden był na dodatek bodaj najbogatszym z ówczesnych obywateli) zawarło nieformalne porozumienie, że nikt nie zostanie nominowany na żadne stanowisko ani nie zostanie przyjęte żadne nowe prawo bez ich jednomyślnej zgody. W tym momencie Republika Rzymska przestała istnieć. Ale Rzymianie nie przyjęli tego do wiadomości, albowiem to, co istnieć zaczęło, umykało zrozumieniu – zresztą, Bogiem a prawdą, właściwie długo nic konkretnego, uchwytnego, z narastającego politycznego chaosu się nie wyłaniało. W końcu, po wielu paroksyzmach wyłonił się system jedynowładztwa, ale przez wiele lat maskowany zachowywaniem dla pozoru instytucji dawnego ustroju – przejście było tak płynne, że do samego końca Cesarstwo Rzymskie nazywało się Republiką, utrzymywało jako formalnie najwyższa władzę Senat, regularnie wybierało różnego szczebla urzędników, i tak dalej.
Analogiczny proces zachodzi obecnie w Unii Europejskiej. Z jednej strony, z tępym, pruskim uporem przepychana jest jej centralizacja, wedle wzorca „zjednoczenia Niemiec” w wieku XIX, i Niemcami odgrywającymi taką samą rolę, jaką w tamtym procesie odegrało Królestwo Prus. Z drugiej strony, tzw. organa wspólnotowe, które w ramach tego procesu uzurpują sobie władzę ponad państwami członkowskimi, mówiąc potocznie, tracą grunt od nogami i miotają się, w pogoni za osiągnięciem za wszelką cenę krótkoterminowych celów demolując zaprojektowany w traktatach system zarządzania wspólnotą i nie będąc w stanie zaprojektować żadnego innego.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.